Dzień dobry,
W dzisiejszej agendzie; Fed straszy podwyżkami, a rynki rzeczywiście się przestraszyły. Opowiem o pokoju w Iranie i o tym, że pierwszy raz w historii państwo, które przegrało wojnę, dostaje reparacje – albo to, które wygrało, je płaci. Będzie też o imponującej produkcji przemysłowej w Polsce. Ponadto o japońskiej karuzeli, która gra dalej dokładnie tak, jak zapowiadałem, i na koniec o słabości kryptowalut oraz o problemie Saylora.
Fed straszy podwyżkami
Fed utrzymał stopy w przedziale 3,5–3,75%, ale członkowie komitetu sygnalizują podwyżki, a nie obniżki. Jeszcze niedawno wszyscy grali na obniżki i mówiło się, że rynki je dyskontują – okazuje się, że nic z tych rzeczy.
To, że w kontekście potencjalnych podwyżek indeksy są tak mocne, swoje robi też sytuacja pokoju w Iranie. Ale dla mnie pokazuje to przede wszystkim, że w grze są inne czynniki niż same stopy i wojna. Wygląda mi to na dalszy ciąg dyskontowania całej tej hossy i rewolucji, która czeka gospodarkę Stanów Zjednoczonych.
Rynek nie może się zdecydować, czy te jastrzębie wypowiedzi miał już w cenach, czy nie:
- na dziesięcioletnich obligacjach nie stało się nic niesamowitego – wygląda, że było w cenach
- na dolarze już się stało – dolar index się umacnia, jakby zaskoczony
- a obligacje upierają się, że wszystko było wcześniej wycenione
To trudna zagadka i warto ją rozpracować. W modelu Kitchina obligacje powinny pójść za ciosem – a może jesteśmy po prostu we wcześniejszej fazie? Nie wierzę w przypadek, rynek coś tu gra. Na razie nie mam na szybko dobrego pomysłu, ale jeśli ten stan się utrzyma, na pewno do tego wrócę. Kto rozszyfruje tę zagadkę, ten pewnie na niej zarobi.
Pokój w Iranie – reparacje dla zwycięzcy
Mamy wstępny pokój i rynek go gra. Ale jednocześnie przedstawiciele Teheranu nie pojechali na rozmowy pokojowe, które miały ruszyć w ten weekend – z racji tego, że Izrael dalej bombarduje Liban. To bardzo wymowne.
Wygląda na to, że Izrael wymknął się Stanom spod kontroli i zerwał ze smyczy. Co więcej – odkąd Stany zorientowały się, że to raczej one są na tej smyczy, a nie odwrotnie, i próbowały się z niej zerwać, a Izrael tym mocniej się usamodzielnił. Spodziewam się pogorszenia stosunków na linii Waszyngton – Tel Awiw. Na rynki nie powinno to mieć aż tak dużego wpływu – pokój moim zdaniem i tak zostanie zawarty, bo Stany ten Izrael przyduszą. Tylko nie będzie on specjalnie trwały.
Tak czy inaczej jest memorandum. Nie wszystkie punkty są jawne, ale wiemy, że:
- walki mają się zakończyć na wszystkich frontach
- blokada morska ma być zniesiona na 30 dni
- przez 60 dni ma obowiązywać darmowy przepływ przez cieśninę
- siły USA mają się wycofać z tamtego obszaru
- a najciekawsze: USA i partnerzy przeznaczają 300 mld dolarów na odbudowę Iranu
I tu pojawia się pytanie, kto tę wojnę właściwie wygrał. Zazwyczaj to przegrany płaci reparacje – rzadko się zdarza, żeby przegrany je dostawał. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby te 300 mld poszło jako proste reparacje; obstawiam raczej inwestycje w Iran. A jeśli to będą inwestycje, to dla Iranu jest jeszcze lepiej – i dla stabilności pokoju również.
Dla formalności dodam to, co i tak było przesądzone: Iran zobowiązuje się, że nie będzie miał broni jądrowej i odda swój uran. Widziałem nawet wypowiedź Donalda Trumpa, że broń dalekiego zasięgu dla Iranu jest dla niego OK – bo nie wyobraża sobie państwa tak rozbrojonego, że nie może mieć rakiet. Chodzi więc wyłącznie o broń atomową, której Iran i tak chyba zbytnio nie rozwijał. Źle, że tylu ludzi zginęło, ale Iran powoli wraca do gry – i to jest nadzieja.
To jest czas Iranu. Typowy emerging market z bardzo niskimi wycenami – wyceny niektórych spółek na poziomie dwa–trzy razy zysk czy EBITDA. Najtaniej wyceniony rynek świata, pewnie obok rosyjskiego, ale w przeciwieństwie do rosyjskiego tutaj wykluwają się dobre perspektywy. Na długoterminowym wykresie TEDPIX (teherański indeks giełdowy) widać już wzrost o jakieś 50% względem poziomów sprzed wojny. Sam wyceniam to bardziej na 100% — i myślę, że taki ruch powinien być już w cenach. To rynek bardzo nieefektywny: małe kapitały, przewaga graczy indywidualnych, brak kapitału ze świata, który dopiero zacznie napływać.
Przy okazji: jeśli nie widzieliście, koniecznie zobaczcie ostatni odcinek z Maciejem Wojtalem na kanale Trading Jam – cała dwugodzinna rozmowa o jedynym na świecie hedge fundzie inwestującym w Iranie. To w praktyce jedyna droga, żeby tam zainwestować. Timing zaproszenia był marzeniem: dwa tygodnie po nagraniu mamy +50% na indeksie. Sam swego czasu, inwestując przez fundusz Maćka, załapałem się na wcześniejszy wystrzał – wyszedłem już po górce, ale i tak zrobiło to jakieś 100% w skali roku. Spodziewam się teraz czegoś podobnego.
A skoro o wojnie mowa – spójrzmy na wskaźnik wojenny, czyli ropę. Niewiele już brakuje, ale myślę, że ropa zejdzie niżej. Jeśli Iran wróci do gry i zacznie eksportować na cały świat to, czego przed wojną eksportować nie mógł, czeka nas zalew ropy i przegięcie w drugą stronę. Trochę jak z covidem, tylko odwrotnie: od ekstremalnie wysokich poziomów do mocnego zejścia. W długim terminie obstawiałbym WTI wyraźnie poniżej 60 dolarów za baryłkę.
Polska – trzeci najmocniejszy indeks
WIG przy ~140 000 punktów. Pierwszy program o WIG-u na kanale Trading Jam nagrywaliśmy przy 100 000, a dziś jesteśmy blisko 140 000. Ogromna siła.
Napędza ją między innymi produkcja przemysłowa – wzrost o 4,1% przy oczekiwaniu zaledwie 2,5%. WIG20 jest coraz bliżej ATH, choć trzeba pamiętać, że mierzony w wersji total return (z dywidendami) stare szczyty z 2008 roku przebił już dawno. WIG20 nie jest indeksem dywidendowym i przez to jest trochę „przekłamany”, zwłaszcza gdy zestawiamy go z indeksami, w których te dywidendy mocno pracują.
Japońska karuzela gra dalej
Mój ulubiony temat. Spełnianie założeń odnośnie japońskiego rynku finansowego to chyba jedno z moich największych osiągnięć w historii ISO – zaraz obok wieszczenia początku hossy w samym covidowym dołku, gdy mówiłem o „początku hossy końca coronawirusa” i już nigdy nie zeszliśmy niżej. Japońska karuzela jest o tyle fajniejsza, że nie jest jednorazowym strzałem – ona cały czas się kręci, można żonglować między pozycjami. A teraz jest moment, żeby wskoczyć na szorty obligacji.
Mechanizm powtarzam do znudzenia: long Nikkei, short jena, obligacje mkną do zera (czyli rentowności w nieskończoność – im niższa cena obligacji, tym wyższa rentowność, dlatego wykres rentowności mamy odwrócony). Indeks idzie do góry, więc gospodarka kwitnie, a efekt bogactwa się wzmacnia: społeczeństwo z dużą ekspozycją na rynek kapitałowy, który rośnie, czuje się bogatsze i chętniej wydaje. To bezpośrednio napędza konsumpcję, konsumpcja PKB – i wszystko się nakręca.
A dlaczego do zera? Bo zadłużenie Japonii przekracza 250% PKB i jest nie do obsłużenia przy odpowiednim podnoszeniu stóp. Moja teza: będą pozorowane działania i ciągłe straszenie podwyżkami. Stopy będą podnoszone, ale w stopniu niewystarczającym. Mimo podniesienia stóp indeks dalej rośnie – a tak wszyscy się bali, tyle było lamentu, że będzie bieda.
To jest trzecia szansa na powtórzenie tego samego schematu psucia pieniądza pod druk. Mieliśmy go w Europie i w Stanach po 2008 roku, potem w covidzie. Japonia się na ten moment nie załapała – moment, w którym wydaje się, że podnoszenie stóp ma studzić rynki, a ono nie studzi, bo podwyżki są za małe. Banki centralne podnosiły zbyt nieśmiało, rynek się orientował, że stopy realnie dalej są niskie. Ten efekt przerobiliśmy już w Stanach, Europie i w Polsce – w Japonii dopiero przed nami.
Co do jena: ogromne zadłużenie, więc też powinien mknąć do zera. Na koszyku jena (jen do różnych walut) mamy bessę z chwilowym przystankiem. Dużo się mówi, że skoro USD/JPY przekroczył 160, to w każdej chwili może być interwencja, bo w przeszłości tak bywało. Ja jednak myślę, że bankierzy centralni patrzą szerzej — to są inteligentni ludzie, widzą, że to nie tyle jen się ostatnio osłabia, ile dolar się umacnia na całym świecie. Z całym światem walczyć nie zechcą. Na interwencję byłoby co najwyżej za wcześnie – może gdyby dolar index zszedł do dołków z kwietnia czy początku czerwca.
Z dzisiejszej trójki instrumentów – to czas obligacji – czas ich szortowania, czyli gry pod wzrost rentowności. Dołożyliśmy ostatnio pozycji i widzę, że są już na plusie; o to dokładnie chodziło. To będzie mozolna wspinaczka rentowności, bo prezes BoJ nie będzie chciał podnosić stóp ze strachu, ale rynek będzie go do tego zmuszał. I tak w kółko, stąd dlatego karuzela.
Słabość kryptowalut i problem Saylora
Na koniec MicroStrategy, które miało być odporne na wszystko: nowy model biznesowy, skup bitcoinów, świetne dywidendy. Nic z tych rzeczy. Mamy ogromną słabość Bitcoina i całego sektora. Pytanie, czy MicroStrategy nie okaże się takim Napsterem albo AltaVistą – czymś, co miało być przełomem, a okazało się ślepą uliczką. Nie zdziwiłbym się, gdyby Bitcoin zaczął rosnąć dopiero wtedy, gdy MicroStrategy się wywali. Mam wrażenie zbyt dużej pewności siebie po stronie Saylora. Obligacje mają wprawdzie do spłaty dopiero w 2027, ale wygląda to źle – gość przerobił firmę IT na spółkę inwestującą de facto wyłącznie w Bitcoina.
Skąd te problemy? Składa się na to kilka rzeczy:
- wyższe stopy procentowe, przez co trzymanie kapitału jest mniej opłacalne (choć to nie tłumaczy wszystkiego – w takim razie spadać powinno złoto i srebro, a nie spada)
- ogromne obawy przed AI, który może mocno namieszać w krypto – zwłaszcza w projektach DeFi i onchain; wystarczy, że znajdzie lukę, a tego na blockchainie nie da się łatwo poprawić i można wyłożyć dużą część tego świata
- problemy całego SaaS – krypto jest w pewnym sensie SaaS-em (przewaga oparta na zatrudnianiu świetnych programistów i zespołach), a SaaS jest ostatnio w niełasce
Słabość krypto jest jednak większa niż wynikałoby z samych tych czynników. Mam wrażenie, że musi się stać coś przełomowego – dopiero wtedy można liczyć na odwrócenie tendencji.
Osobny wątek to akcje STRC emitowane przez MicroStrategy. W teorii nie miały spaść poniżej 100 i miały wypłacać 11,5% dywidendy w skali roku. Takie zabawy z inżynierią finansową zwykle kończą się źle – przypomina mi to trochę Lunę. Instrument jest między akcją a obligacją, kupowany nie pod wzrost ceny, lecz pod stały, wysoki dochód. Wyżej urosnąć nie może, a niżej wygląda to kiepsko – aż się prosi o jakiś big short. Skoro mechanizm „gwarantuje” 100, a tych 100 nie utrzymuje, to cała różnica jest po prostu wyceną prawdopodobieństwa upadku projektu – dokładnie jak kiedyś przy stablecoinie Luny.
Krążyła ciekawostka, jak Saylor projektował to rozwiązanie – opowiadał, że konsultował konstrukcję z modelem AI, dopytując, czy da się zrobić miesięczny instrument preferencyjny stabilny przy 100 i czy ktoś już to robił. Szczerze mówiąc, nie widzę w tym nic złego; sam musiał włożyć w to sporo własnego inputu, a korzystanie z czata przy wymyślaniu takich rzeczy jest dziś jak najbardziej normalne.
Do zobaczenia za tydzień i dziękuję za uwagę!
