Co z hossą na GPW? Wyczekiwana interwencja w Japonii! | ISO 1047

Witam w Inside Solution One. Bank Japonii przeprowadził potężną interwencję, japońska karuzela kręci się dalej, a WIG20 pobił wreszcie historyczny szczyt. Do tego model Kitchina, który w tym okresie sprawdza się wyjątkowo dobrze, oraz rynek ropy, który przypomina błądzenie losowe.

Interwencja w Japonii

Zacznę od Japonii, bo interwencja była naprawdę potężna. Wcześniej mówiło się, że bank centralny będzie bronił poziomu 160 na dolar-jenie – i rzeczywiście, pod koniec kwietnia przy tym poziomie doszło do dużej interwencji. Kolejna przyszła jednak dopiero przy 164. Rynek nie został sprowadzony poniżej dołka z poprzedniej interwencji.

Tamta wiosenna interwencja miała dwie odsłony: pierwsze i drugie uderzenie. Teraz było podobnie, z tą różnicą, że pierwsze uderzenie okazało się dużo mocniejsze, bo startowało z wyższych poziomów – można było oczekiwać zejścia w okolice 155–156, czyli tam, gdzie wcześniej pokazał się fundamentalny popyt. Drugie uderzenie było już jednak słabe.

Dlaczego? Moim zdaniem dlatego, że z rynku zostało wyrzuconych bardzo dużo długich pozycji. Ruch był na tyle duży, że fundusze hedgingowe zostały wyproszone ze swoich lewarowanych longów. I to nie jest tylko przypuszczenie – sprawdziłem dane COT z rynku amerykańskiego. Liczba długich pozycji na dolar-jenie po stronie graczy spekulacyjnych uległa radykalnemu zmniejszeniu. To jedno z największych tąpnięć tych pozycji od 2024 roku.

To tłumaczy przebieg całego ruchu. Przy pierwszym uderzeniu podaż została dodatkowo napompowana zamykaniem lewarowanych longów i na chwilę zabrakło płynności. Gdy rynek płynność odzyskał, bankowi centralnemu było już bardzo trudno doprowadzić do niższej nogi w drugiej fali. Dla porównania: w kwietniu i maju hedge fundy nie zostały wyrzucone z pozycji, więc wtedy druga fala mogła pogłębić dołek.

Ciekawie wygląda też indeks jena, czyli jen liczony do koszyka walut. Wiosną dolar-jen pogłębił drugi dołek, ale na indeksie jena nowego ekstremum już nie było. Rynek zorientował się bowiem, że przy interwencjach Amerykanie współpracują z Japończykami – a żeby wzmocnić jena za pomocą dolarów, trzeba te dolary sprzedawać. Dolar osłabił się więc nie tylko do jena, ale do wszystkich walut. Teraz rynek już to wiedział, doszło do tego wyrzucenie hedge fundów – i w efekcie nawet na dolar-jenie nie było pogłębienia dołka, a na indeksie drugi szczyt wypadł dużo niżej. Na euro-jenie kurs po prostu idzie do góry.

Dla mnie to wszystko zmierza do odzyskania utraconych poziomów. To, że rynek wróci tam, skąd przyszedł, jest dla mnie oczywiste. Bank centralny nie ma szans w zderzeniu z gospodarkami całego świata, nawet w połączeniu sił ze Stanami Zjednoczonymi. Historia zna zbyt wiele takich przypadków. Bank Anglii próbował utrzymać funta w sztywnym powiązaniu i wykorzystał to George Soros, zarabiając grube miliardy. Szwajcarski bank centralny bronił poziomu 1,20 na euro-franku – i to w sytuacji bajecznie prostszej niż japońska, bo żeby osłabić własną walutę, wystarczy jej odpowiednio dużo dodrukować – a i tak w pewnym momencie się przestraszył i odstąpił od tej polityki. Co w tej sytuacji może zrobić Japonia, by bronić swojej waluty? Może jedynie sprzedawać rezerwy, w tym obligacje amerykańskie.

Japońska karuzela kręci się dalej

Powtarzam to jak mantrę: japońska karuzela. Kto nie wie, o co chodzi, niech wpisze to hasło w YouTube. Obligacje w dół, czyli rentowności w górę, bo zadłużenie jest ogromne. Nikkei w górę. Jen w dół. I dokładnie tak się dzieje.

Nikkei błyskawicznie odrabił straty po ostatnim zjeździe, który był oczywiście świetną okazją. Indeks otarł się o 20% korekty od szczytu – przy 59 000 punktów byłoby to równe 20% zniesienia, a taki spadek zwyczajowo uznaje się za wejście w rynek bessy. Niewiele brakowało. Dla mnie to była okazja do kupna z bardzo małym marginesem błędu: stop loss w okolicach 58 000 i można było wchodzić, bo przy poziomie 20% od szczytu uruchomiłby się mocny popyt funduszy i wszystkich, którzy czekali na taką przecenę. Przypomnę, że po zjazdach wywołanych celnymi wariacjami Trumpa Nikkei również wsparł się właśnie na okolicach 20% od szczytu hossy.

Japońskie dziesięciolatki są już na szczytach rentowności i uważam, że przebicie 3% to kwestia czasu. Na trzydziestolatkach jeszcze trochę brakuje, ale widać, co się święci.

WIG20 na historycznych szczytach

Na GPW z kolei żadna karuzela, tylko równia wznosząca. WIG20 przebił poziom 4000 punktów i wchodzi na historyczne szczyty. Dla przypomnienia: gdy startowała warszawska giełda, pierwsze kwotowanie WIG-u wynosiło 1000 punktów. Gdy przejmowaliśmy prowadzenie kanału i zaczynaliśmy trading dem, WIG miał równo 100 000 punktów. Dziś to już ponad 150 000.

Już wtedy mówiłem – i powtarzam od mniej więcej dwóch lat – że wyższe stopy procentowe przy rozwijającej się gospodarce to powrót do klimatów lat 90., w których rynki wschodzące radziły sobie lepiej. Mechanizm jest prosty: przy niskich stopach w modelach wyceny bardzo mocno ważą zdyskontowane zyski z odległej przyszłości, co faworyzuje gospodarki rozwinięte. Przy wyższych stopach ta przewaga topnieje i zaczyna się liczyć tempo rozwoju spółek – a krajów rozwijających się, jak sama nazwa wskazuje, spółek rozwijających się nie brakuje. Polska jako rynek wciąż emerging jest w tym układzie bardzo dobrym typem. Gdyby nie to, że w modelu Kitchina jesteśmy w ostatniej fazie hossy akcyjnej, byłbym super optymistyczny. A tak jestem po prostu optymistyczny – i myślę, że jeśli rynki zaczną się odwracać, Polska odwróci się jako jeden z ostatnich krajów.

Nieźle radzi sobie też polski złoty. Może mieć to związek z tym, że w Polsce widać dużo kapitału zagranicznego. Świadczy o tym choćby fakt, że WIG20 zyskał w tym roku 26%, a sWIG80 tylko 6%. Kapitał zagraniczny od zawsze wybiera największe spółki, bo małe mają zwyczajnie za małą płynność.

XTB, czyli mała dygresja o etyce

Wśród najlepszych spółek hossy możemy wymienić XTB. Miałem wątpliwości co do nowego modelu rozwoju domu maklerskiego – wejścia w konta emerytalne i zwykłe, nielewarowane akcje, czyli mało rentowną część rynku. Ale ostatnio historia mojej znajomej dała mi do myślenia w zupełnie inną stronę.

Znajoma pokazała mi, jak straciła połowę wpłaconych środków, choć była przekonana, że wpłaca na bezpieczne, długoterminowe inwestowanie. Nie znała się na rynku, a pytania kwalifikacyjne przeszła, robiąc screeny i odpowiadając tak, jak podpowiedziało jej AI. Nie była świadoma, że gra na lewarowanych CFD – i straciła oszczędności odkładane przez ostatnie około 10 lat życia. Oczywiście nie wszystko można tym tłumaczyć, bo kupowanie złota na lewarze trudno nazwać inwestycją. Ale zaczynam podejrzewać, że XTB ściąga profity z tego, że wciąga amatorów do gry – a ci, widząc obok lewarowane produkty CFD, kuszą się, żeby coś poklikać i szybko dorobić. Zastanawiam się, czy to na pewno etyczne, czy nadzór nie powinien wkroczyć i czy nie powinny to być dwa osobne produkty, niedostępne tak łatwo z poziomu jednego konta. Wygląda to trochę jak zapraszanie do hazardu. Człowiek siedzi w swojej bańce świadomości inwestycyjnej i łatwo zapomnieć, że są ludzie, którzy nie muszą się na tym znać.

Wracając do rynku: WIG20 zyskał już prawie 200% od dołka obecnej hossy, a sama hossa trwa prawie cztery lata. Kiedyś przyjmowało się, że hossa trwa pięć lat, a bessa dwa–trzy, ale ta zasada dawno przestała obowiązywać. Bessy zrobiły się ostatnio dużo krótsze – złe informacje są wyceniane błyskawicznie.

Model Kitchina

Mój ulubiony model Kitchina. Przypominam: według mnie jesteśmy w pierwszej fazie etapu wzrostowego, czyli początek bessy na obligacjach, końcówka hossy na akcjach i środek hossy na surowcach. Wszystko byłoby piękne, gdyby nie to, że zawsze można się pomylić o plus minus jedną kolumnę. Jeśli się mylę, to na obligacjach mogłaby trwać jeszcze hossa – ale za Chiny na to nie wygląda. Wystarczy spojrzeć na obligacje japońskie, a Japonia to rynek kluczowy, bo tam odbywa się ogromna część carry tradingu i tam pożycza się pieniądze w jenach. Traktuję go na równi z amerykańskim – a i tu, i tu mamy bessę. Wątpię, żeby to była tylko korekta w ostatniej fazie hossy obligacji. Dlatego coraz mocniej przychylam się do zdania, że jesteśmy już w pierwszej kolumnie i niedługo przeskoczymy do drugiej.

Jeśli mam rację, dwie rzeczy są pewne: spadki obligacji i wzrosty surowców. Akcje w ostatniej fazie hossy też są bardzo przyjemne, bo dynamiczne – szybko można zarobić – ale w każdej chwili może się to odwrócić. Dlatego w takich sytuacjach wybieram coś pewniejszego, czyli środek cyklu. A co bardziej w środku niż surowce? Stąd w ostatnim programie mówiłem o KGHM-ie i o miedzi – i wszystko pięknie się sprawdziło.

Na indeksach nie widać jeszcze przeskoczenia do następnego etapu i dobrze – tym pewniejsze są inwestycje pod cykl Kitchina. O surowce zacząłbym się martwić dopiero wtedy, gdy akcje wejdą w trend spadkowy, bo surowce reagują z opóźnieniem. Na tym polega cały mój myk grania pod Kitchina: chodzi wyłącznie o timing i o to, żeby mieć więcej czasu. Jeśli akcje zaczną zawracać, surowce pewnie też, ale na surowcach będzie więcej czasu, żeby wyskoczyć – gdzieś na podbitce, w ostatnim tchnieniu hossy surowcowej. Stąd moje pozytywne nastawienie do miedzi, KGHM-u i srebra, które pięknie się realizuje.

Sam indeks surowcowy jest mocno zaburzony wysokim udziałem ropy, więc nie ma sensu go szczegółowo omawiać.

Ropa, czyli random walk

Na koniec rynek ropy, gdzie dalej nie wiadomo nic. Napięcie trwa, a wykres przypomina mi błądzenie losowe. Trudno to sensownie analizować, bo to polityczne zagrywki – co siedzi w głowie Trumpa i pozostałych polityków, nie wie chyba nikt, pewnie nawet oni sami. Na pewno nie wygląda to tak, jak mówi Trump, jakoby miał kontrolę nad Ormuzem – patrząc na mapki, co i jak tam pływa, tej kontroli raczej nie widać.

Rynek akcji pokazał jednak, że zagrożenie jest dużo mniejsze, niż się wcześniej wydawało, a sam rynek ropy wygląda na przyzwyczajony do nowych poziomów cenowych w okolicach 80–90 dolarów za baryłkę.

Dziękuję za uwagę i do zobaczenia za tydzień. Trzymajcie się!

Scroll to top