Interwencja w Japonii i słabnący złoty | ISO 1044

Dzień dobry,

Świeżutkie informacje prosto z nocy – w Japonii doszło do interwencji, ale z dużej chmury spadł tylko mały deszcz. Poza tym: amerykańskie indeksy pokazują niezwykłą siłę, całkowicie ignorując wcześniejsze zapowiedzi korekty, polski złoty zalicza gwałtowne osłabienie po nowych projekcjach NBP, a tradycyjna branża motoryzacyjna mocno cierpi, podczas gdy spółki oferujące dobra luksusowe wciąż grają we własnej lidze.

Japońska karuzela i rozdawnictwo banku centralnego

Zobaczcie, co stało się w nocy na rentownościach japońskich obligacji, zwłaszcza 10-letnich. Najpierw wyciągnęli nowe szczyty, a potem nastąpiło tąpnięcie z prawie 2,9% do nieco ponad 2,7% w skali roku. Pamiętajcie – wykres rentowności działa odwrotnie: gdy rentowności spadają, ceny obligacji rosną.

Dla nas to piękna okazja do powrotu do japońskiej karuzeli. Na obligacjach gramy shorty i sami dzisiaj dorzucaliśmy do pieca poniżej poziomu 2,7%. Nie wierzę, żeby te interwencje cokolwiek dały na dłuższą metę. Na 30-latkach ruch jest znacznie mniejszy, co tylko potwierdza, że to celowane działanie BOJ na 10-latkach. Dodatkowo ze strony rządu płyną naciski na fundusze, żeby kupowały japoński dług. Im więcej takich interwencji, tym lepiej dla nas.

Z jenem jest podobnie. Spadły rentowności, więc jen powinien się osłabić, a tymczasem się umocnił – i to przy rosnącym indeksie dolara. Doszło tu do skoordynowanej akcji banku centralnego. Przypomina mi się kultowa scena z filmu The Big Short, kiedy Michael Burry słyszy od przedstawicieli Goldmana: „Jeśli chce pan rozdać pieniądze, chętnie je weźmiemy”. Bank centralny to jest Forex – jeśli chce rozdawać pieniądze spekulantom na koszt własnych obywateli, to proszę bardzo, chętnie te pieniądze przyjmiemy.

  • CHF/JPY – pozycja cały czas w grze, chwilowo nie może się wybić, ale konsekwentnie ją trzymam. Poziomy take profit mam poustawiane na 202–204 i spokojnie czekam na realizację.

  • Nikkei – spadek rentowności obligacji (czyli mniejsza konkurencja dla kapitału) to czyste paliwo dla giełdy. Nikkei powinien lada chwila mocno wystrzelić w górę. Jako papierek lakmusowy dla rynków półprzewodników warto też obserwować CPI.

Siła rynku w USA i ropa odporna na wojnę

Zapowiadałem, że od początku lipca możemy spodziewać się korekty po zmanipulowanym i „wyciągniętym” czerwcu. I co? I właściwie nic. Rynek cofnął się jedynie kosmetycznie, co pokazuje jego potężną, strukturalną siłę. Wygląda na to, że scenariusz głębszych spadków po prostu się zdezaktualizował i z tamtej chmury żadnego deszczu nie będzie.

Podobnie zachowuje się ropa naftowa. Mimo mocnych zapowiedzi Donalda Trumpa o końcu zawieszenia broni, surowiec w ogóle nie reaguje na wojenną retorykę. Rynki traktują geopolitykę jak fatamorganę. Moim zdaniem zbyt wielu dużych graczy (w tym USA i Iran) ma zbyt dużo do stracenia, żeby pozwolić sobie na otwartą eskalację. Spodziewam się, że ostatecznie dojdzie do porozumienia.

Dlaczego złoty nagle dostał zadyszki?

Obserwujemy mocny zjazd polskiej waluty: dolar przebił 3,80 zł, a euro krąży wokół 4,35 zł. Skąd to nagłe osłabienie? Na rynku krążą dwie teorie:

  1. Czynnik geopolityczny: Część komentatorów łączy to z czerwcowymi ostrzeżeniami premiera Tuska o rzekomym ataku Rosji w ciągu kilku miesięcy, co miało sprowokować odpływ zagranicznego kapitału. Zupełnie nie kupuję tej narracji. Gdyby kapitał rzeczywiście uciekał w panice, ucierpiałaby giełda, tymczasem indeks WIG bije kolejne rekordy wszech czasów (ATH).

  2. Projekcje NBP: I to jest prawdziwa przyczyna osłabienia złotego. NBP opublikował nowe projekcje PKB i inflacji, zakładając słabsze ożywienie gospodarcze i dalsze spadki cen. Dla rynków to jasny sygnał, że stopy procentowe w Polsce nie utrzymają się długo na tak wysokim poziomie.

Od lat powtarzam, że polski złoty był po prostu przewartościowany. Przy wyższej inflacji lokalnej i znacznie niższych stopach w strefie euro, sztucznie mocny kurs musiał w końcu ulec korekcie. Nie spodziewam się szybkiego powrotu złotego do dawnej siły – to raczej początek dłuższego trendu osłabienia, z którego mocno skorzystają krajowi eksporterzy.

Automotive leży i kwiczy. Luksus gra w innej lidze

Pozwolę sobie na odrobinę satysfakcji – o nadchodzących, potężnych problemach tradycyjnej branży motoryzacyjnej pisałem na tych łamach już w zeszłym roku, na długo zanim temat ten trafił na nagłówki głównych mediów ekonomicznych. Dzisiejsze wyceny Mercedes-Benz czy innych europejskich gigantów tylko potwierdzają te obawy. Branża po prostu leży i kwiczy pod presją m.in. bardzo silnej konkurencji z Azji.

Dla kontrastu warto spojrzeć na marki takie jak Ferrari czy Porsche, które idealnie obrazują zachowanie dóbr prawdziwie luksusowych. Ferrari co prawda zaliczyło spory zjazd pod koniec czerwca po prezentacji najnowszego modelu (rynek zareagował początkową paniką), ale inwestorzy błyskawicznie to wybaczyli, a wycena wróciła na właściwe tory. Bogaci ludzie wciąż mają pieniądze, a luksus rządzi się własnymi, odpornymi na zawirowania prawami.

W okresie wakacyjnym nie otwieramy nerwowo nowych pozycji typu „Vabank”. Trzymamy to, co wypracowaliśmy, cierpliwie obserwujemy rynek i czekamy na realizację zysków na franku do jena.

Dziękuję za uwagę i słyszymy się (oraz czytamy) już za tydzień. Trzymajcie się!

Scroll to top