Witam w kolejnym wpisie blogu Inside Solution One. Dziś na tapecie pytanie, czy Stany Zjednoczone nie idą przypadkiem japońską drogą, do tego o miedzi słów kilka (kolejny raz), australijski dolar w hossie, powrót spółek SaaS po świetnych wynikach Salesforce oraz kryptowaluty, które moim zdaniem dyskontują problemy dolara.
Stany drugą Japonią?
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dobrze: dolar–frank do góry, dolar–jen do góry, rentowności obligacji wysoko, indeks dolara trzyma się mocno. Mogłoby się wydawać, że skoro rentowności rosną, to dolar będzie mocny. A jednak mam naprawdę poważne wątpliwości – i wszystko zaczyna mi się układać w bardzo ciemnych barwach dla amerykańskiej waluty.
Skojarzenie mam jedno: dolar–jen i cała akcja obrony japońskiego jena przy pomocy amerykańskich dolarów wygląda jakby prowadził ślepy kulawego. Dwie ultra zadłużone gospodarki – amerykańska i japońska – i Amerykanie pomagają Japończykom, po czym niewiele później okazuje się, że sami potrzebują pomocy, bo ich rentowności idą na tak wysokie poziomy, że muszą interwencyjnie skupować obligacje. A przypominam: ten rok był rekordowy, jeśli chodzi o rolowanie amerykańskiego długu – i to rolowanie na bardzo wysokich stopach.
Japonia ma oczywiście sytuację gorszą – zadłużenie znacznie większe, a jen nie jest walutą, w której świat robi transakcje. Dolara cały świat trzyma i w dolarach handluje, więc Amerykanie mają łatwiej. Ale jeśli zacznie się to, co uważam, że się zacznie, to zacznie się od Japonii, a drugi w kolejności będzie dolar.
To, że Amerykanie zaczęli interwencyjnie skupować obligacje, zapaliło mi żółtą lampkę. Mechanizm jest prosty: jeśli oprocentowanie w kraju rozwiniętym idzie do góry, waluta się umacnia, bo wciąga kapitał. Ale jeśli rynek ocenia, że stopy powinny być wyżej, a bank centralny interweniuje, żeby je sztucznie zbić – to zaniżona stopa procentowa powoduje coś dokładnie odwrotnego: osłabianie waluty. Przykład? Choćby lira turecka, jedna z moich ulubionych – osłabia się mimo wysokiego oprocentowania. Kapitał oczekuje premii za ryzyko, a skoro jej nie dostaje w postaci rynkowych rentowności, to po prostu odpływa. Dokładnie to samo, co w Japonii, gdzie bank centralny latami ograniczał oprocentowanie obligacji – i wszyscy widzimy, co się dzieje z jenem.
To samo w mojej opinii czeka dolara, a my możemy na tym zarabiać, bo tam, gdzie są interwencje państwa, jest najłatwiej: są wypaczenia i wiadomo, kto jest sponsorem. Na normalnym, konkurencyjnym rynku, żebyście wy zarobili, ktoś inny musi stracić. A przy interwencjach po drugiej stronie stoi bank centralny i rozdaje darmowe ordery – tylko zgarniać. W Japonii na każdej interwencji dało się ostatnio zarobić mnóstwo pieniędzy i to się powtarza w kółko. Być może to samo czeka dolara – wystarczy poczekać, aż interwencji będzie więcej, a Amerykanie zapowiedzieli, że będą, i to ze zdwojoną siłą. Gotowa recepta na osłabienie własnej waluty – bo jak inaczej wyjść z kryzysu zadłużeniowego, jeśli nie osłabiając walutę?
Praktycznie: dopóki dolar–jen nie jest nad 160, Bank Japonii raczej nie będzie interweniował, więc wolę grać longi na innych crossach – frank–jen albo AUD–jen. Dlaczego frank? Bo Szwajcaria to najniżej oprocentowana waluta i najniżej zadłużona gospodarka rozwinięta świata. A dlaczego Australijczyk – o tym za chwilę. Z dolarem ryzyko jest oczywiście większe niż z jenem, bo to jednak waluta rezerwowa świata i trochę nieznane wody – czy będzie się trzymał norm, których stosujemy do innych aktywów? Ciekawe, bardzo ciekawe. Zobaczymy.
O miedzi słów kilka
Będę was katował tą miedzią przez najbliższe miesiące – może nie lata, ale miesiące na pewno. Wynika to z mojego podejścia do modelu Kitchina. Według mnie jesteśmy w pierwszej fazie wzrostowej cyklu: obligacje w dół, akcje do góry, surowce do góry – i dokładnie to się dzieje.
Problem z akcjami polega na tym, że w każdej chwili może być zawrotka. Ale moje doświadczenie z tym modelem – którego używam wiele lat, wiele razy się sprawdzał, wiele razy też go wkładałem do szuflady, gdy nie działał, a teraz odkurzyłem, bo po prostu działa – jest takie, że przeskakiwanie z fazy do fazy trwa zazwyczaj dłużej, niż się wydaje, zwłaszcza w ostatniej fazie cyklu wzrostowego. Więc akcje pewnie tak szybko nie przeskoczą, ale zagrożenie jest – wolę czekać z boku. Za to surowce są pewniakiem, a obligacje pewniakiem po stronie spadkowej.
Superowcem jest dla mnie miedź. Czytałem ostatnio tezę, że skoro przemysł samochodowy mocno przeskakuje w elektrykę, popyt na ropę będzie mniejszy – i że miedź to taka „druga ropa naftowa” nadchodzących czasów. Może się to zgrać. Zazwyczaj takie nowe teorie zgrywają się z modelami, jeśli te modele akurat działają – jak coś rośnie, to dorobi się historię, że to nowe złoto albo nowa ropa. Czas surowców, więc i czas miedzi. Stąd jestem taki byczy, a KGHM to super spółka na obecne czasy – łączymy przyjemne z pożytecznym.
Dlaczego surowce odwracają się później niż akcje? Bo hossy na akcjach kończą się nie wtedy, kiedy gospodarka gaśnie, tylko kiedy najbardziej rozkwita: rosną stopy procentowe i w pewnym momencie są zbyt wysokie, żeby usprawiedliwiać dalsze wzrosty cen akcji. A rosnące stopy zgrywają się z wyższą inflacją – wtedy rosną surowce. W krótkim terminie korelacja oczywiście jest i przy spadkach na akcjach surowce też dołączają, ale na zawrotkach jakimś cudem radzą sobie lepiej. Uważam, że jesteśmy właśnie w tej fazie – choć nie wykluczam ostatniego rajdu na akcjach, zwłaszcza w kontekście dolarowego psucia pieniądza.
Australijczyk w hossie
To dalszy ciąg konsekwencji surowcowej fazy cyklu Kitchina. Mówiłem o tym chyba pierwszy raz tydzień temu – to świetny bet, zresztą w Wabanku pozycja na Australijczyku jest otwarta. Faza cyklu po prostu wymusza na Australijczyku hossę.
AUD–USD i AUD–JPY to moje ulubione crossy – dwa w jednym: i model Kitchina, i moja niechęć do dolara, i niechęć do jena. Niechęć do jena znacie od dawna, niechęć dolarowa to coś nowego – tydzień temu były pierwsze przebłyski, ale musiało mi się to w głowie poukładać, żeby do niej dojrzeć.
Za drożejącym dolarem australijskim stoi drożejąca ruda żelaza, węgiel, gaz, złoto i miedź. Ale są też inne przesłanki: stabilizacja Chin, ogólny risk-on, słaby dolar amerykański i jastrzębi bank centralny Australii z dość restrykcyjną polityką pieniężną. Dla przypomnienia: Australia historycznie utrzymuje znacznie wyższe stopy procentowe niż obecnie – teraz są raczej niższe od średniej ostatnich lat, podczas gdy w Stanach jest odwrotnie. Choćby z tego powodu jestem tak optymistyczny co do dolara australijskiego.
Powrót spółek SaaS?
Salesforce podał bardzo dobre dane – plus 8% – i SaaS mocno odżywa. To dobra okazja, żeby podsumować spółki, o których mówiliśmy pół roku temu, w lutym, w Studio Siano.
Numer jeden, którego kupiliśmy najwięcej: Snowflake. Petarda – z okolic 160–170 dolarów na ponad 300 dolarów w pół roku. Kolejny typ urósł z niecałych 14 dolarów na 22 – świetny call. Shopify: w lutym 120 parę, teraz 150 plus. Roblox to najgorsza sytuacja i zaskoczenie – spadek z 60 do tuż poniżej 40, czyli o jedną trzecią. BigBear też na minusie – z około czterech dolarów na nieco ponad trzy, czyli o jedną czwartą. Za to Arista Networks: wzrost ze 140 na 200, prawie 50%.
Podsumowując: z sześciu spółek cztery na dużych plusach, dwie na sporych minusach, ale plusy znacznie większe – cały portfel zdecydowanie wygrywa. Jak widzicie, warto oglądać i ISO, i Studio Siano.
Kryptowaluty dyskontują problemy dolara
W tytule właściwie wszystko się mieści. Moim zdaniem to, co dzieje się aktualnie na kryptowalutach, to dyskontowanie tego, że dolar będzie miał kłopoty. Przepływy dolarowe na świecie są tak potężne, że tego jeszcze nie widać gołym okiem – ale będzie widać. Kryptowaluty po prostu dyskontują to dużo szybciej. I nie, to nie jest short squeeze, jak niektórzy twierdzą – wszedłem w polemikę z Rafałem Zaorskim na Twitterze i uważam, że absolutnie się myli. To jest dyskontowanie czegoś dużego. Stąd mój tak duży optymizm do kryptowalut – krypto to papierek lakmusowy tego brzydkiego gmerania w polityce pieniężnej Stanów Zjednoczonych.
Przy okazji rzut oka na mapy likwidacji – ale nałożone na skumulowany popyt i podaż z kluczowych giełd (Binance, OKX, Bybit), bo same likwidacje to zdecydowanie za mało, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski. Co z tego, że są likwidacje, jeśli ściana popytowa jest tak ogromna, że rynek tam po prostu nie zejdzie? Wielkim rybom nie opłaca się iść po te likwidacje. Więcej szczegółów co tydzień na Inside Crypto.
A obraz jest taki: ogromna przewaga popytu nad podażą. To pokazuje, jak duże jest odcięcie od papieru – rynek wyskoczył tak szybko, że teraz wiele osób chciałoby wskoczyć. Jeśli hossa ma się utrzymać, będzie szła dość agresywnie do góry. Na Bitcoinie 77 000 to duża fala likwidacji – tam byłaby okazja do zajęcia długich pozycji. Z drugiej strony 81 500 to likwidacje, które rynek „musi” zaliczyć. Czy najpierw 77, potem 81,5, czy odwrotnie – ciężko powiedzieć, ale zwłaszcza 81 500 będzie zaliczone. Na głębszą korektę absolutnie bym nie liczył.
Na Ethereum również znacząca przewaga popytu. Likwidacje na 2400 – to byłaby super okazja, żeby wskoczyć, na nic niżej bym nie liczył. Szybciej jednak 2480 – tam też sporo likwidacji, ktoś może się skusić. Jeśli 2480 się nie zaliczy – szorty, ratujcie się. A w górę 2570 to prawie pewniak – prawie, pamiętajcie. Że rynek idzie po wyczyszczenie tego poziomu, to no brainer. A powiastki, że na 2250 są jakieś nie wiadomo jakie likwidacje? Opowieści z mchu i paproci – nie ma tam żadnych dużych likwidacji. Owszem, jeśli rynek przejdzie 2400 i 2300 w dół, to poleci dużo niżej – ale ja nie wierzę, że to zejdzie.
Dziękuję za uwagę!
