Koniec telekomów? | ISO 1055

Witam w kolejnym wpisie blogu Inside Solution One. Dziś duży popyt na obligacje japońskie (zaraz powiem, jak duży), popyt na obligacje amerykańskie, gorsze wyniki OpenAI, podejrzane wzrosty Renault – mimo że cała branża dalej spada – oraz Elon Musk, który wchodzi do gry o rynek komórkowy. Ten ostatni news bardzo, bardzo mi się podoba i chcę się nim z wami podzielić.

Rynek obligacji w Japonii i jen

Na ostatniej aukcji japońskich obligacji – tych, które ostatnio tak hejtuję – popyt przekroczył podaż 3,9 raza, podczas gdy średnia z ostatnich 12 miesięcy to 3,56 raza. Nie jest to moim zdaniem żaden super news. Widać po prostu, jak złe były nastroje – a mówimy o obligacjach 30-letnich, więc przy rentowności ponad 4% nic dziwnego, że ktoś uznał to za atrakcyjny poziom. Takie jednorazowe informacje trendów nie odwracają. Wręcz przeciwnie: to okazja do wskakiwania. Na dziesięciolatkach rentowności spadły do 3% w skali roku – i myślę, że to jest właśnie okazja, żeby japońska karuzela trwała dalej.

A na czym ta karuzela polega? Normalnym jest, że wzrost rentowności obligacji to spadek giełdy i umocnienie waluty – i to wszystko się zgadza. Tylko że do największych przetasowań dochodzi na ruchach odpuszczających. Mamy cofnięcie rentowności: dziesięciolatki do 3%, trzydziestolatki do czterech z kawałkiem – a co robi Nikkei? Melduje się prawie na all time high, 74 000. I tak to działa: cofnięcie do poziomów, które jeszcze rok czy dwa lata temu były nie do wyobrażenia, a giełda już wpada w euforię, bo obligacje przestały tanieć. Czek obligacyjny mknie do zera, Nikkei w górę, jen w dół.

Przy jenie ciekawe spostrzeżenie: ostatnio był, trzeba przyznać, dosyć mocny – ale ten duży spadek rentowności przekuł się na jego osłabienie. To oznacza, że wcześniejsze umocnienie było jednak związane ze wzrostem rentowności. Jednocześnie tak duży popyt na obligacje może się w dużej mierze wiązać z tym, że inwestorzy nie bardzo wierzą, że bank centralny będzie dalej podnosił stopy – moim zdaniem będzie zmuszony – i zakładają, że pozwoli jenowi się po prostu osłabiać. Wszystko układa się w jedną układankę: jen znowu zaczął słabnąć.

Tak czy owak: ja absolutnie nie wierzę w japońskie obligacje. Uważam, że rentowności będą szły dalej do góry, jen będzie się dalej osuwał, a bank centralny nie jest w stanie powstrzymać tej lawiny. Powtarzam w kółko to samo – i najlepiej widać to na dolar–jenie. Dolar jest ostatnio bardzo mocny, ale inwestorzy wyraźnie boją się podejść kolejny raz do 160, bo tego poziomu zapowiedziały bronić już dwa banki centralne – w sukurs Japończykom przyszli, jak wiecie, Amerykanie. Jest bardzo ciekawie.

Rynek obligacji w USA i dolar

W Stanach popyt na aukcji trzydziestolatek też spory: 2,5 raza przy średniej 2,4. Nic dziwnego – oprocentowanie wyższe niż na dziesięciolatkach, a dolar jest w dużo stabilniejszej pozycji niż jen. To jednak waluta rozliczeniowa świata: rozliczane są w niej surowce i kontrakty, więc dolarowi ciężko byłoby zbankrutować – jenowi dużo, dużo prościej. Do tego umacniający się ostatnio dolar i wysokie oprocentowanie – czego chcieć więcej, żeby kupować amerykańskie obligacje?

Tyle że przy obligacjach amerykańskich dochodzą interwencje banku centralnego, który zbija oprocentowanie. Długoterminowej wymowy to więc nie zmienia. Choć szczerze: nie wiem, czy jest sens dealować obligacjami amerykańskimi, skoro mamy pod ręką japońskie – zysk do ryzyka na szortach jest moim zdaniem dużo korzystniejszy na japońskich.

Silny dolar, a giełda nic sobie z tego nie robi. Dlaczego? Bo wycena obligacji jest w stosunku do równowagi rynkowej zaniżona – co i rusz mamy interwencje i myślę, że będą trwać dalej. A kapitał, który szuka tańszych obligacji (czyli wyższych rentowności) i ich nie dostaje, bo bank centralny zaburza rynek, kieruje się gdzie indziej: wcześniej trochę do krypto, teraz do akcji. Stąd rosnące indeksy mimo wysokich stóp procentowych. Jak nieraz powtarzam: nie jest ważna wysokość stóp, tylko wysokość stóp w stosunku do inflacji – albo, jak mówię ostatnio, w stosunku do poziomu równowagi, który wyznacza zderzenie popytu i podaży przy określonym koszcie pieniądza. Mechanizm z pierwszego roku studiów: jeśli ktoś jest skłonny kupić dziesięciolatki przy rentowności 5,4%, a bank centralny wskoczył przed niego, skupił mu obligacje sprzed nosa i zostało 5,2% – to ten ktoś zostaje z pieniędzmi, nie chce obligacji po 5,2% i szuka ujścia w innych aktywach. Na przykład w amerykańskich akcjach. A może sobie i krypto trochę kupi.

Wyniki OpenAI a sektor AI

Gorsze wyniki OpenAI pociągnęły w dół między innymi Nvidię – 231 dolarów. Chodzi o to, że zanualizowane przychody spadły do 50 miliardów dolarów, podczas gdy spodziewano się około 70 miliardów. Tyle że te 70 miliardów było liczone na bazie prognoz opartych o Anthropica, który inaczej zalicza przychody. OpenAI podaje je dużo bardziej fair: jeśli częścią wartości sprzedanej jest koszt związany z dostarczeniem usług czy mocy obliczeniowej od innych firm, to w przychodach pokazuje tylko swoją wartość nadwyżki. W innym przypadku można sobie kręcić kółeczka – sprzedawać sobie nawzajem usługi i sztucznie zawyżać przychody, o co zresztą te firmy były oskarżane. OpenAI tak nie robi, więc niektórzy mówią, że reakcja rynku jest po prostu przesadzona. OpenAI nie jest notowane na giełdzie, więc rykoszetem obrywają inne spółki – jak właśnie Nvidia, bo być może nie jest aż tak dobrze, jak rynek się spodziewał.

Ja myślę, że i tak będzie dobrze. Znacie moje podejście do AI: postęp jest wykładniczy, a ceny AI są nadal za niskie. Użyteczność w stosunku do ceny jest tak wysoka, że my w firmie bylibyśmy skłonni płacić za takie abonamenty pewnie kilka razy więcej. Kosztami bym się nie przejmował – na horyzoncie zawsze jest możliwość podnoszenia cen. Więc każdy zjazd na AI, zwłaszcza w obliczu etapu cyklu Kitchina, w którym się znajdujemy – ostatniej fazy hossy – to raczej moment tuż przed jakąś szaloną hossą z dużą zmiennością, która ostatecznie tę hossę zakończy. Ale tego szaleńczego okresu, kiedy ostatni będą gasić światło i wchodzić, moim zdaniem jeszcze nie było. Przypuszczam, że ostatni etap nastąpi, gdy banki centralne zafundują nam dużo bardziej zmasowane sterowanie obligacjami – żeby nie doszło do implozji zadłużeniowej całego świata – i psucie pieniądza na jeszcze większą skalę. Wtedy jakieś szalone ostatnie tchnienie hossy. A może w ogóle zepsucie pieniądza papierowego całkiem.

Sektor automotive i sytuacja Renault

A propos czarnych wizji: spółki automotive. Jak pamiętacie, jestem jednym z największych hejterów tej branży – od stycznia zeszłego roku byłem w obozie ostrzegających, że automotive się zawali. W dużej mierze dzięki mojemu znajomemu Grzegorzowi, który prowadzi firmę kangur.pl – pewnie kojarzycie te samochody na wynajem ze znaczkiem kangura, jeżdżą po całej Polsce i praktycznie całej Europie. On pierwszy zwrócił mi na to uwagę.

I tu dygresja: najlepszym analitykiem nie jest ten, który siedzi w domu maklerskim i przegląda papierki, tylko gość, który prowadzi biznes, dealuje z kontrahentami i widzi faktury. Czasami nawet pani ekspedientka z Żabki może mieć więcej wiedzy o perspektywach Żabki niż analitycy w domach maklerskich – no, może nie każda, ale niektóre są bardziej ogarnięte. Ktoś, kto jest blisko biznesu, zawsze zna go najlepiej. Dlatego bardzo lubię słuchać informacji z samego dołu.

No i faktycznie: automotive poszło w piach. Stellantis od maja spadł o 50%, BMW z 80 na 50 euro, Volkswagen z 90 w dół – a jak rozszerzycie sobie okresy, to od tamtego stycznia jest już prawdziwy wodospad. Ale uwagę przykuło mi Renault: wszystko spada, a Renault rośnie. I Grzegorz mówi, że akurat w przypadku Renault ma to sens – nie wiem, czy mogę zdradzać wszystko, co mi mówił, ale zwróciłbym na tę spółkę uwagę.

Przypomina mi się „Wspomnienia gracza giełdowego” – jak ktoś nie czytał, polecam. Jesse Livermore miał podobno taki nawyk, że nawet mając informacje poufne czy z pierwszej ręki, zawsze patrzył, jak zachowuje się rynek. Jeśli kurs nie szedł zgodnie z plotkami – znaczy, że coś jest nie tak, że to fake. Ale jeśli kurs potwierdzał przypuszczenia ludzi z dołu, pracujących przy spółkach i projektach – to było dla niego potwierdzenie, że robi dobrze. I z tym Renault coś jest na rzeczy. Czemu jako jedyny w branży rośnie? Ciekawe.

SpaceX wchodzi na rynek telekomunikacyjny

Na koniec temat, który fascynuje mnie jako byłego przedsiębiorcę z branży ISP – kiedyś miałem firmę (potem ją sprzedałem) dostarczającą internet światłowodem i bezprzewodowo, na częstotliwościach 5 i 10 GHz, z radioliniami i nawet data center. Trochę więc ten biznes znam.

SpaceX ogłosił, że kupił w Stanach częstotliwość 800 MHz. To ta stara częstotliwość sprzed ery 5G – w Polsce i Europie używana bodajże do LTE. Ma dłuższą falę, więc trochę niższą jakość, ale za to mniejsze tłumienie sygnału i większy zasięg. A cel jest taki, żeby dostarczać sygnał z satelitów, które SpaceX wystrzeliwuje w kosmos – i wykosić konkurencję w postaci dostawców komórkowych. Niesamowita zagrywka, po prostu mega ciekawe. Zastanawia mnie tylko, że rynek wcześniej się nie zorientował, że to za chwilę będzie możliwe.

Zobaczcie reakcje: Verizon spadek o prawie 7% after hours, AT&T podobnie mocno w dół – czyli boją się. SpaceX bez większego ryzyka może namieszać, choć uważam, że sama spółka była trochę przewartościowana.

Dziękuję za uwagę i do zobaczenia za tydzień. Trzymajcie się!

Scroll to top