Słabnący polski złoty i strach przed rentownościami | ISO 1053

Witam w kolejnym wpisie blogu Inside Solution One. Dziś na tapecie: strach rynków przed rentownościami przy nowych szczytach indeksów, japońska karuzela i trwająca – jak zwykle z czwartku na piątek – interwencja, osłabienie złotego po obniżce ratingu, co słychać w Turcji oraz coraz silniejsze kryptowaluty.

Strach rynków przed rentownościami

Zwróciło moją uwagę coś dość niespotykanego: Nasdaq, DAX, S&P 500 są praktycznie na szczytach hossy, a Fear & Greed Index siedzi na bardzo niskich poziomach. Czyli przy nowych szczytach indeksów panuje strach. I to jest dobra wiadomość, bo jak wiemy, hossa żywi się strachem. Mówi się, że pożywką wzrostów jest strach, a pożywką spadków nadzieja. Jeśli rynek spada na nadziei, trend będzie kontynuowany. Jeśli rośnie na strachu – też. Najgorsze, co może być, to koniec strachu i euforia. A euforii tu nie ma, wręcz przeciwnie.

Czego rynki się boją? Tego, co zawsze dzieje się w tej fazie cyklu Kitchina – tak, wiem, mówią, że ja tylko o Kitchinie, i dlatego dziś bez obrazka. Jesteśmy w przejściu z fazy ożywienia do kolejnej, w której w każdej chwili mogą odwrócić się trendy na akcjach. Charakterystyczne dla tego etapu jest to, że rentowności rosną, obligacje spadają, a rynek zaczyna się zastanawiać, w którym momencie to wszystko się przegnie.

Statystyki pokazują, że pierwsze etapy rozpędzania się rentowności są zazwyczaj takie, że akcje jeszcze rosną – i tak pewnie będzie tym razem. To będzie falowanie w rytm nadziei i strachu: obligacje będą wchodziły na kolejne poziomy rentowności, przy każdej takiej fali indeksy się skorektują, a potem odbiją. Rynek będzie się adaptował do nowego punktu równowagi rentowności, aż do kolejnego wejścia i kolejnego cofnięcia. Trzeba się do tego przyzwyczaić. W tym czasie będziemy widzieli korekty i na metalach, i na surowcach, i na akcjach. Ale kolejność jest taka, że pierwsze zawracają akcje, a surowce dużo później. Więc póki akcje nie zawracają – a nie widać – nie martwiłbym się też za bardzo o surowce, zwłaszcza o miedź, o której ciągle mówię.

Warto też wiedzieć, że ostatnie fale hossy są zazwyczaj najbardziej okazałe i najszybsze. Więc chyba czeka nas taka ostatnia, mocna faza.

Przy okazji nowinka z przedsionków AI. Jest projekt zrobiony przez gościa, który odszedł z OpenAI i ma zupełnie inne podejście: nie używa modeli LLM, tylko innych systemów przetwarzania, które podobno zużywają setki razy mniej tokenów i mocy obliczeniowej, a radzą sobie całkiem dobrze. Nie zdążyłem się jeszcze w to wgłębić, ale to ciekawy trop – jeśli to byłby next big thing, to dla takiej Nvidii byłaby to masakra. Póki co Nvidia, jak widać, radzi sobie nieźle.

A jakie te rentowności są? Amerykańskie dziesięciolatki z impetem przebiły 5%, a japońskie w końcu 3%. Mówiłem wam, że tak będzie – i tak jest. Gdyby ktoś wam pół roku czy rok temu powiedział, że amerykańskie obligacje będą powyżej 5%, a japońskie powyżej 3%, dodałby pewnie, że to oznacza krach na indeksach. Nic takiego się nie dzieje, indeksy mają się bardzo dobrze. Wszystko zgodnie z modelem Kitchina, on wam to wytłumaczy. Co do ścieżki Fed – myślę, że raczej powinna iść do 5%. Nie bez powodu dziesięciolatki są na 5%.

Japońska karuzela i interwencja w toku

Do ognia dolewa się oliwy, bo w tym momencie – dosłownie, gdy to nagrywam – trwa interwencja: wyprzedaje się amerykańskiego dolara, żeby wzmocnić jena. Widać już ewidentny schemat: interwencja zaczyna się z czwartku na piątek, kończy w poniedziałek–wtorek, a w poniedziałek rano jest jeszcze próba przesunięcia rynku na płytkiej płynności. To bardzo głupi pomysł i bardzo nietrwały, ale kto bogatemu zabroni – czyli Bankowi Japonii i Fedowi. Przy okazji chyba trzeba będzie przesunąć Wabank o dzień wcześniej, bo w czwartek nie mogę przez to dobrze zamknąć pozycji.

Interwencja to sztuczne zaniżanie wartości dolara. Nie mówię, że dolar jest słaby – tylko że jest za słaby w stosunku do rynkowego punktu równowagi. A jeśli dolar jest za tani, eksport staje się bardziej opłacalny, import mniej, a inflacja rośnie, bo importowane rzeczy są za drogie. Co by było, gdyby nie było interwencji? Właśnie to.

Mam wrażenie, że oba banki centralne zmieniły strategię: wcześniej dochodziło do szybkich, agresywnych zrzutów, teraz idą walcem, powoli. To jest lepsza strategia. Ale karuzela kręci się dalej: Nikkei znowu powyżej 66 000. Przypominam, co mówi japońska karuzela – Nikkei ma rosnąć, rentowności obligacji w kosmos (czyli obligacje do zera), a jen japoński do piachu.

Na indeksie jena widać: interwencja, zejście, interwencja, znowu zejście. Bankierzy postanowili tym razem zacząć trochę wcześniej – USD/JPY był już prawie na 160, poziomie, który kiedyś sami podawali jako obserwowany, ale interweniowali przed nim. Racjonalne, żeby nie robić tego zawsze w tym samym miejscu. Ja stawiam na to, że w okolicach 174 na indeksie jena podaż jena będzie ogromna – to znowu jest walka z całym światem. Do poniedziałku pewnie jeszcze będą walczyć, więc jeśli dalej będą tak agresywnie przesuwać rynek, to w długie pozycje – czy na USD/JPY, czy na AUD/JPY – wskakiwałbym w poniedziałek lub wtorek. Teraz może być jeszcze troszkę za wcześnie.

Osłabienie złotego

Polski złoty osłabił się z opóźnieniem. W zeszły piątek dość niespodziewanie agencja Moody’s pierwszy raz w historii obniżyła rating Polski – z A2 do A3, na szczęście z perspektywą stabilną. Jedno oczko niżej, niefajna sytuacja. Ale ciężko powiedzieć, żeby to była główna przyczyna. Prawdopodobnie główną przyczyną jest wzrost rentowności amerykańskich obligacji: polskie dziesięciolatki dają około 6%, amerykańskie 5%. Po co trzymać w Polsce, jak można w Stanach, trochę bezpieczniej i niewiele mniej rentownie? Jak jeszcze japońskie są powyżej 3%, to rynki rozwinięte zaczęły zasysać kapitał i dla emerging markets zaczyna go brakować. Stąd słabość złotego.

Mam takie przemyślenie: patrząc na to, jak złoty kształtował się do euro przez ostatnie 10 czy 20 lat – praktycznie się nie zmienił – a inflacja w Polsce była znacznie wyższa niż w strefie euro, to poniżej 4,20 za euro chyba długo nie zobaczymy, a może i nigdy. Po koszyku zakupowym, po parytecie siły nabywczej, złoty był po prostu przesadnie mocny. A ogromne i rosnące zadłużenie Polski, na które Moody’s zwrócił uwagę, też nie pomaga.

Skoro zła informacja, to i lepsza, którą nadrobię, bo pominąłem ją wcześniej: pod koniec sierpnia S&P – agencja, od której zresztą wziął nazwę indeks – zaliczyła Polskę do krajów rozwiniętych. To już drugie takie przejście Polski z koszyka rozwijających się do rozwiniętych. Zawsze to miło i pewnie będzie miało wpływ na lokowanie kapitału na świecie, bo trafimy do koszyków, gdzie jest trochę więcej pieniędzy.

Zapożyczyłem od Daniela Kosteckiego z X porównanie złotego z innymi walutami emerging markets: dolar do złotego, do peso, do forinta i do leja rumuńskiego. Złoty wypada najgorzej z całej czwórki – choć, jak mówiłem, Polska jedną nogą już nie jest emerging market. WIG nic sobie z tego nie robi, i słusznie: osłabienie waluty zazwyczaj pomaga giełdzie, bo wiele spółek eksportujących zyskuje na słabym złotym. A polskie dziesięciolatki grubo ponad 6% w skali roku – teoretycznie powinno to odciągać kapitał z giełdy, ale nie w tej fazie cyklu Kitchina.

Co słychać w Turcji

Mówiłem wam o nieformalnym crawling pegu liry do dolara – i on faktycznie się materializuje. Od kwietnia widać, że troszkę zmienili algorytm, bo linia ma bardziej strome nachylenie – prawdopodobnie decyzja ekonomiczno-polityczna, żeby trochę szybciej dewaluować lirę. Ale idzie to jak po sznurku. Te cienie na świecach to pewnie spready o północy albo chwilowe braki płynności w jednym źródle notowań, nie przejmowałbym się nimi. Widać, że to nie jest kurs wolny – jest nieformalnie związany, bo formalnego powiązania liry z dolarem absolutnie nie ma.

Dlatego często powtarzam: jeśli chcecie grać na mocnego dolara, lepiej grać lirę – na przykład euro do liry – bo tam są bardzo wysokie punkty swapowe, stopy grubo powyżej 30% w skali roku. Lira jest najsłabsza od lat, ale co z tego, skoro płaci tak wysokie oprocentowanie, że po uwzględnieniu punktów swapowych zachowuje się lepiej niż dolar o jakieś 8% rocznie. Czyli o tyle mniej się osłabia, niż płaci. To nie przypadek, tylko cel banku centralnego: lira ma odzyskiwać wiarygodność. Trudno mi uwierzyć, żeby Bank Centralny Turcji poddał się z tą strategią, skoro włożono w nią tyle wysiłku i sprzedano tyle rezerw złota. Co najwyżej będą ją kalibrować. Na ich miejscu po prostu dawałbym inwestorom zarobić, żeby odzyskać zaufanie – jeśli chcą mieć własną walutę, nie mają innego wyjścia. Rynki zakładają stopniowe obniżki stóp z 38%, i nic dziwnego przy tak mocnej walucie. Przypomina mi to Polskę z lat 90.

Kryptowaluty coraz silniejsze

Jak wiecie, od kilkunastu odcinków jestem turbo bykiem na krypto – właściwie od momentu, kiedy Scott Bessent tak ochoczo zaczął skupować amerykańskie obligacje, a Fed zaczął gmerać przy rynkowej polityce pieniężnej. Bo jak inaczej nazwać skup obligacji niż interwencją? Skoro dolar ma zaniżone oprocentowanie, a jego wartość jest dodatkowo zaniżana przez partnerskie interwencje z Japonią, to kryptowalutom w to graj. Stąd umocnienie.

Na Bitcoinie przewaga popytu nad podażą była ogromna – pamiętacie, mówiłem, że każdą cofkę trzeba wykorzystywać na skupowanie. Ta przewaga nadal jest, ale nie jest już tak miażdżąca, więc dalej będzie chyba troszkę trudniej iść do góry. Spore likwidacje siedzą na 83 000 – tam rynek powinien ciągnąć jak magnes – i na 87 300. Gdyby Bitcoin doszedł do 87 300, to szczerze mówiąc ja bym go sobie już sprzedał i poczekał na lepszą cenę.

Dziękuję za uwagę!

Scroll to top